Przed wizytą u fryzjera drżę niemalże tak samo jak przed wizytą u dentysty. Bardzo rzadko udaje mi się wyjść od niego zadowolona, głównie przez to, że dla fryzjera jeden centymetr to pięć centymetrów. Tak też było przed weekendem. Postanowiłam odwiedzić salon piekności celem obcięcia KOŃCÓWEK. Wyraźnie podkreśliłam swoją prośbę o skrócenie długości o 2-3 centymetry, po czym na podłodze znalazły się kosmyki siedmiocentymetrowe, tak długo "hodowane" przez mnie. Faktem jest, że moje włosy napewno bardziej odżyją po takiej "stracie".
Poniżej zamieszczam kilka zdjęć z komunii, nie mojej .:) Odbyła się ona w sobotę, w rodzinnym gronie. Pogoda dopisała, więc wybrałam elegancką, zwiewną bluzkę i spódnicę w kwiaty, którą dostałam od męża.:) Wszystkie niezbędne kobiecie drobiazgi wrzuciłam do miętowej torebki. Jak widać od ostatniego postu "wielki błękit" ogarnął mą szafą.:)



































